Nie wiem, dziwnie mi się czyta te negatywne opinie (oczywiście szanuję). Ja zawsze, tak jakoś mam, że kolejne albumy (wszystkich zespołów) traktuję nie tylko jako osobne dzieło, tylko jako uzupełnienie jego dorobku, repertuaru. Bo myślę, że na tym polega też wydawania kolejnych płyt - eksperymentowaniu, zastanawianiem się, czego zespołowi w repertuarze brakuje
I może jako ALBUM wolę ostatni twór Bowiego, czy nawet Springsteena, dużo lepiej pewnie będzie mi się go (Bowiego) słuchało jako zamknięte dzieło, jest bardziej spójny. Ale dla mnie są takie same jak ich poprzednie, nie wzbogacają ich repertuaru, ot odświeżone wersje znanego nam ich stylu (taki sposób wydawania albumów też uważam za OK, bardzo lubię the next day). Kompletnie nie interesuje mnie wykonanie tych albumów live. A to jest U2, które ma już dorobek, za który ich kocham, dlatego ten album odbieram w tym kontekście. Już się wiercę i zastanawiam, ile-dziesiąt wersji tych kawałków jeszcze wskoczy do mojej biblioteki 
Dlatego porównywanie przy wystawianiu oceny albumu 36-letniego zespołu z przynajmniej 6-oma IMO genialnymi albumami (TUF, TJT, AB, Zooropa, Pop, ATYCLB), do rewelacyjnych krążków kapeli, które mają na koncie 1,2 albo nawet 3 kapitalne wyroby jest nie w porządku IMO (to już nie w kontekście Bowiego tylko AF itd., w ogóle ogólna surowość oceny). Dajmy im odetchnąć, tworzyć, na swoją wielkość już zapracowali. Tak jak acr (buzi!), od raz testujesz album w wyobrażeniu, czy nieznany nowy zespół mógłby się wybić taką płytą. To nie jest nieznany zespół, to nasze dziady na emeryturze, i jak na ten stan rzeczy, IMO ten album jest świetny!