Ależ rockowy szołs to był! Co truizmem nie jest, a efektem jak się domyślam srogiej popijawy w ekipie dźwiękowców którzy wyostrzyli co trzeba i schowali co trzeba jakby to miał Slayer grać a nie U2 (no dobrze, TROSZKĘ przesadzam

). To się rzucało w uszka, metaliczność solówek, riffów, w mocnych kawałkach jak najbardziej dobrze, bo i pierdolnięcie się liczyło (wejście Glaston, hell yeah!) ale ogólnie tylko nieprzenikalna magia koncertu U2, epickość eventu której nawet czołgiem kroić by nie można, powstrzymała mnie przed narzekaniem na tenże drobiażdżek. Drobiażdżek, tak.
Co można napisać o koncercie U2, heloł? Wiecie, 20 godzin podróży, ileś tam czekania, kolejkowania, wchodzimy na stadion - oh my god, it's full of... the claw, parafrazując Odyseję Kosmiczną która swoją drogą występuje tu nieprzypadkowo, jako że KOSMOS odmieniony przez wszystkie przypadki i podniesiony do kosmicznych potęg to jest właśnie to słowo, którym należałoby się w opisie posłużyć. In so many words - KOSMOS.
Co poza oczywistościami powyższymi i że jesteście debeściak komitecie kolejkowy (big up dla polskiegop getta, wooooo!!! <konkretne oklaski>)?
Wiecie, trzeci koncert U2 w życiu to jeszcze nie jest ten, który można sensownie opisać, aczkolwiek parę spostrzeżeń na tematy różne, na forum, przed, po koncercie na miejscu etc. poruszanych postaram się wyłożyć, przebarwiając spojrzeniem swoim subiektywnym, wybaczcie.
Dla wielbicieli intra:
Zależy co wolicie. Czy epickość, rosnące napięcie, kiedy po Space Oddity wchodzi Kingdom i już lecicie, gładko jak we śnie through the clouds above i wyżej by potem po chwili lewitacji odpalić dopalacze Breathe i odlecieć poza ramy wszechświata (ja wolę) czy pierdolnięcie jakby przypadkiem zaniosło was na cape canaveral, nieco za blisko wyrzutni złomu w kosmos, silników na paliwo stałe i płynne które nagle miażdżą i spalają otoczenie w pył. To drugie, mocne jak skurwysyn, zdaje mi się jednak trochę bez sensu wpasowane w tę trasę. Jakoś tak za szybko, za dziwnie, Majora Toma zassało do środka wspomnianej rakiety i przez to przez jakiś czas w ogóle nie ogarnia się 'what the fuck is goin' on here?!'. Krótko mówiąc - Kingdom > Stingray.
Dla koneserów piosenek otwierających:
O ile Beautiful Day na Elevation Suoth Bend = wykrv kosmosu, o tyle na 360Tour = kolejne WTF? i głównie chodzi mi o to dwukrotne łamanie nastroju, najpierw Stingrayem, potem ciszą i wejściem B.Day, jakby zupełnie od czapy, a i wykonawczo nie jest to mistrzostwo świata, bo wykonawczo dość... minimalistycznie, wiecie, bez ozdobników, podkładów, bez snippetów. Treść i owszem, tekst ładny na początek, bjutiful dej, bjutiful pipul, bjutiful jutu - ale też - jak to się ma do Stingray? No nie wiem, a dodatkowo też i taki nieco zamęt, bo przyzwyczajenie że B.Day jednak się nie zaczyna, a tu sru i jest. Zdecydowanie bardziej ułożone to było wcześniej.
Dla układających idealną kolejność w setlistach:
Początek jest nie do końca wporzo, napisane wyżej. Generalnie rozbity jest bardzo ładny poprzednio porządek szołsu i jak sam jestem zazwyczaj zwolennikiem takiego kombinowania, to jednak tutaj kombinowali i wykombinowali trochę źle, zaburzając pewną naturalną ciągłość setu. O ile takie rzeczy uchodziły powiedzmy na kameralnym Elevation Tour, tutaj skala przedsięwzięcia moim skromnym wymaga nieco lepszego scenariusza rozwalania publiki kolejnymi kilerami.
Dla lubiących zmienność tytułów w setlistach:
Gdzie jest Breathe? Gdzie jest NLOTH? Gdzie jest Anka? Gdzie jest Ultraviolet? Gdzie jest Krzyż?
Wiadomo że zmiany być musiały, częściowo to usprawiedliwione, ale brak zwłaszcza Breathe, NLOTH i UV bolesny jest nadzwyczaj.
Z nowości to tak - Glastonbury miażdży wejściem, oj tak, z tym że zaraz potem aż razi faktem niedopracowania ewidentnego i nie wiem czy coś się z tym da zrobić, musieliby przearanżować zwrotki i refreny. Bo widzicie, poza mega-wejściami wszelkich dostępnych na scenie instrumentów na raz, ogólnie to takie trochę All Because Of You - grać aby grać cokolwiek szybkiego.
Z nowości w secie a nie premier: Hold Me Fuck Me Rape Me Kick Me - intro zarządziło i zmiotło wszystko, sam kawałek bardzo dobrze, ale czy była miazga? Trochę była, ale na UV była większa, a co. Tak krytykuję, to może i pochwalę - combo Little While > Miss Sarajevo > Until - przeepickie, z tymi przejściami, a i wykonawczo znakomicie. Wiecie - zobaczyć Bono z niewielkiej odległości na żywo jak śpiewa 'opera part' w Miss Sarajevo - dam się za to kroić i wbić na pal. Never ever forget. Nowe intro MoS bardzo ładne (i tu zaraz wrócimy do nagłośnienia też, bo mało słyszalne) ale jednak te Hammondy takie cieplejsze, bardziej kameralne, a mimo że to kiler stadionów, jak to grają tylko oni czterej na scenie i the claw jakby znika, takie ciepło organów moim skromnym pasowało lepiej, bardziej.
Dla audiofili:
Najlepiej brzmiące koncerty na jakich byłem to U2 w Chorzowie '09 i Sigur Rós w W-wie '08. Na tamtych można było ustawić dobry sprzęt, nagrać płytę i nie trzeba by jej poprawiać ani czyścić. Gdyby dać im 10/10, Hannover oceniłbym na jakieś 7.5. Generalnie metaliczność brzmienia nie tylko gitary, ale i klawiszy wszelakich a także głosu (efekt nie metaliczności a zbyt 'wysokiej' barwy) i tak dalej nieco kuła delikatne acrowe uszka

, poza tym przy nieco nadprogramowo głośnej i mocnej gitarze ginęły w tle wszystkie smaczki typu klawisze w Little While (piękne!) czy smyczkowe intro Hold Me (takie rozmazane, nieco zepsute się zdawało). Na bootlegu też to trochę słychać.
Dla tych co interesują ich niuansiki wykonawcze:
Zmiana brzmienia gitary w Untilu na nieco 'łagodniejsze' się tu nie powiodła przez dźwięk o którym w akapicie wyżej - w każdym razie mięso było, był czad i była głębia której czasami wcześniej mogło brakować. Teraz gitara w żadnym miejscu nie rozbijała się już o niewidzialną taflę ograniczeń efektów, za to rozpruwała i szyła od nowa wszystkie organy z sercem na czele (znów Little While - <3). Poza tym, czepiać się wiele nie można, chwalić można niemal bezbłędność (olejmy niuansiki) i docenić błąd - już tłumaczę - 'zbyt wczesne' wejście intra Streets (przy którym też znalazł się dowód na problem dźwiękowców z ogarnianiem, przyciszali, przygłaśniali...) okazało się idealne i dzięki temu doczekaliśmy się cudownego płynnego przejścia z Amazing Grace do rzeczonych Uliczek Bez Tabliczek ( co ja napisałem?

). I co... oj, nie wiem, idę po piwo, potem dokończę