
Nie co dzień spotyka się płytę, którą w pełni jest się w stanie docenić dopiero w dzień śmierci swojej matki, ale dobrze, że takie też istnieją. Wiecie, jestem zdania, że w życiu może być źle i dobrze, bardzo źle i bardzo dobrze, chujowo i zajebiście, a potem już tylko zajebiście i zajebiście. W pewnym momencie - i nie tylko ja tak myślę, a i sądzę, że wielu z was też jest tego zdania, tylko nigdy nad tym nie myślało - no więc w pewnym momencie, gdy smutek i ogólna chujowość osiągają pewien poziom to tracą swoją formę. Strukturę. Jakość. Rację bytu. Bo stają się czymś innym. Mówię o tych momentach, gdy czujecie ucisk w piersi i nie wiecie co ze sobą zrobić. Gdy wszystko co się dzieje wokół was widzicie jak przez mgłę i wiecie, że gdy spojrzycie na te wydarzenia za 10, 20 lat to niewiele poza tą mgłą będziecie pamiętać. Gdy mimo, że jest wokół was mnóstwo ludzi, którzy chcą pomóc to wiecie, że oni nigdy was samych nie zastąpią, choćby nie wiem jak chcieli, że wszystko wciąż spoczywa na was. Gdy wiecie, że ten stan pozwolił wam na bycie bliżej Boga niż kiedykolwiek wcześniej, gdy wszystko wokół znika, a wy stoicie w nocy na polanie i jesteście tylko Wy i On.
Kid A jest właśnie takie. Nie jest smutne - nie, smutne to za słabe słowo bo tu następuje absolutna dewaluacja tego co dotychczas liczyło się w życiu i wymuszenie spojrzenia na nie z totalnie innej strony, perspektywy, a co najważniejsze głębokości. Kid A jest głębokie - głęboko zanurza się w umysł i wyciąga z niego to co najgorsze, najciemniejsze, to co najlepsze, najjaśniejsze i wszystko ze środka. Jest trudne; bez względu na to co Dejnarowicz próbuje wmówić na porcysiu Kid A jest trudne bo, aby w pełni zrozumieć tę płytę - nawet jej niektóre techniczne zawiłości - trzeba wpierw doświadczyć wszystkiego o czym ona traktuje. I to jest najgorsze. Trzeba rozbić swój umysł z koherentnej całości na nic nierozumiejące same z siebie części, trzeba podejść do tych części, z bliska się im przyjrzeć, obejrzeć ze wszystkich stron, każdą z osobna i wszystkie jednocześnie, a potem złożyć je na nowo, jak z klokców Lego. Trzeba jedynie mieć na uwadze, że sukces osiągnie się tylko składając je z mapą umysłu Thoma Yorke'a w ręku, że trzeba się wtopić w jego rozbity, niefunkcjonujący mózg z okresu 97-99 r. jak osiągnął i zarazem stracił wszystko, trzeba doświadczyć wszystkich porażek, rozczarowań, udręk, niezręczności i cierpień jakich on doznawał, trzeba zanurzyć się w smutek i opuszczenie takie, które właśnie przestaje być smutkiem i opuszczeniem, a jedynie okazją do znalezienia się bliżej Boga niż kiedykolwiek przedtem. Na czas słuchania tej płyty trzeba się stać Thomem. A nie każdy myśli jak Thom Yorke.
Ale, gdy już to zrobimy czeka nas wspaniała nagroda bo dane nam będzie w pełni zanurzyć się i zrozumieć dźwięki jakie wydaje śpiący Wszechświat, położyć się na miękkim śnieżnym puchu Mount Everest i zapatrzeć się w spokojne, rozgwieżdżone niebo, oderwać się od tej posadzki, poszybować i zobaczyć te same gwiazdy, ale tym razem rodzące się i umierające, obejrzeć z bliska aksamitne pierścienie Saturna, poszybować wzdłuż Drogi Mlecznej, pomiędzy kolejnymi mgławicami, układami i planetami, kątem oka dostrzec przelatujący spodek UFO, a następnie wrócić na Ziemię, ale tym razem już zimną, lodowatą i opuszczoną. Tak właśnie jest być Thomem Yorkiem. Dzisiaj.
1. Everything In Its Right Place
2. Kid A
3. The National Anthem
4. How To Disappear Completely
5. Treefingers
6. Optimistic
7. In Limbo
8. Idioteque
9. Morning Bell
10. Motion Picture Soundtrack
Pierwsza runda trwa do czwartku 28 października do godz. 23.59.59.












