Ostatnio mi się
spodobało:
Jimi Hendrix - w ramach odgrzebywania starych kaset w związku z niedziałającym odtwarzaczem CD znalazłem aż cztery ( nawet nie wiedziałem, że mam aż tyle

kasety Mistrza gitary - Electric Ladyland, Are You Experienced ?, Voodoo Soup i Band Of Gypsys. I, oczywiście, przeżyłem szok.. jak ja np. mogłem swego czasu twierdzić, że to był '' kiepski kompozytor '' ?? I np. uważać za zupełnie normalne, że facet bez wykształcenia muzycznego wymyśla takie progresje akordowe, jak np. w '' Angel '' ?? Już łatwiej zrozumieć fakt niezauważenia, iż był to także
wybitny wokalista - zostając przy '' Angel '' - Ray Charles zaśpiewał by to lepiej ? Elvis ? Nie, bo tego nie da się lepiej zaśpiewać. I nie chodzi tu o żadną poprawność polityczną - nie, że nie da się dlatego, że to '' musi śpiewać Hendrix '', '' bo jakby tego nie śpiewał Hendrix, to by to nie było takie a takie '' blablabla. Nie. Nie da się, bo to jest po prostu jeden z wielu genialnych popisów jednego z największych wokalistów wszechczasów. A to, że nikt Jimiego Hendrixa za takowego nie uważa wynika z tego, że był on także jednym z największych gitarzystów wszechczasów. A i to nie byłoby zapewne specjalnie doceniane gdyby nie fakt, że był on również jednym z najwybitniejszych kompozytorów wszechczasów. Ten człowiek zwyczajnie przerasta wszystko i wszystkich, więc ciężko go ogarnąć tak na szybko. Ja dopiero zacząłem.
Pink - '' U + Ur Hand '' - pure rock energy ! Jak na razie najfajniejszy singiel roku. Pink udowodniła, że a) wie, co to rock,

ma kawał wokalu, z którego umie skorzystać. Fajny tu jest kontrast między tym, co gra gitarzysta i perkusista - ten pierwszy ogranicza się do dosłownie dwóch riffów ( zwrotka, i trochę cultowy refren ), natomiast ten drugi bębni dużo gęściej, niż by teoretycznie wystarczało - nie oszczędza się. Zastrzeżenia ? Przydałoby się więcej basu. Usłyszałem ten numer po 7 godzinach słuchania Geri Halliwell i Celine Dion w Radiu Zet, i smakował jak filiżanka czekolady po koszmarnie nudnym wykładzie.
Nie spodobało mi się:
Bloc Party - dwie piosenki z nowej płyty. Kojarzyły mi się z gorzką, rozwodnioną kawą.
Coś strasznego ( ale nie w sensie niskiego poziomu - w sensie horroru ), co usłyszałem parę dni temu po północy w Dwójce. Brzmiało To tak - spokojne, melodyjne, choć dziwnie mało wyraziste smyki, czasem jakiś fortepian, ogólnie zredukowana orkiestra - i na takim tle jakiś zaawansowany wiekiem ( ? ) facet ni to śpiewał, ni to wypowiadał pojedyncze wyrazy czy krótkie zdania w dziwnym języku ( nigdy go nie słyszałem, ale wydaje mi się, że miał wschodnie brzmienie ). Niektóre z nich zresztą nie brzmiały jak dźwięki artykułowane. Nie wiem dokładnie dlaczego, ale wszystko to razem wywarło na mnie tak przygnębiające, mroczne, i demoniczne wrażenie, że się zwyczajnie przestraszyłem. Jednocześnie było w tym coś hipnotyzującego - nie wyłączyłem od razu, choć chciałem.. Nie mam pojęcia co to było, ale nie chcę wiedzieć, i nie chcę tego już nigdy więcej usłyszeć. Nasłuchałem się w życiu dużo satanistycznego i mrocznego metalu ( typu Vader, Venom, Morbid Angel, Mayhem itd. ), ale przy tym nawet płyty w rodzaju '' De Mysteriis Dom Sathanas '' Mayhemu brzmią jak soundtrack z Wieczorynki. Cholera, nawet Dwójka nie daje gwarancji spokoju..