Po szczątkowych 2 dniach festynu, potwierdzam - byleby w czapę dawało (muzycznie rzecz jasna)
Dzięki za mega towarzystwo.
i my dziękujemy!
za tańce i odprowadzanie pośród katowickich mordowni
fajnie było się poznać.
Nie widziałem Pionala, Holdena - więc się nie wypowiem.
Pional bardzo solidnie, można się było pobujać ładnie; co prawda wolałam jednak ubiegłorocznego Talabota - jakby bardziej klimatyczny. ale szkolną piąteczkę mogę dać.
Największe rozczarowania: Neutral Milk Hotel, Andrew W.K., Glenn Branca
co do NMH, się zgodzę, z tym że nie miałam wygórowanych oczekiwać odnośnie ich występu na żywo, aczkolwiek miałam nadzieję, że może mnie zaskoczą. jeszcze do połowy koncertów było w miarę OK, a potem zaczęłam się zastanawiać, kiedy wyjść
jednak nie żałuję, że na koncercie byłam (no może odrobinę, bo w tym czasie w Kawiarni Literackiej bawił Szczepan Twardoch, no ale wszystkiego mieć nie można) - miałabym poczucie straty, gdybym ich nie widziała pomimo takiej możliwości.
natomiast Andrew W. K. vel Szalony Andrzej podobał mi się
wiksa miała być i była. a pan bezwłosy wywijał fajnie hołubce i polki.
Holdena i Branki nie widziałam.
Jeszcze masłowska bardzo ok, alo to troche poza konkursem.
ja nie dałam rady, nie trafiło mnie i wyszłam w połowie 'Chleba' (jako trzeci był grany). zjawisko Doroty Masłowskiej nadal trudno mi ogarnąć. wizualki tylko mi się podobały 
*z grubsza:
-zaskoczenie Notwist które było świetne a nie tylko fajowe jak się spodziewałem (choć fajowe też).
-pure rock and roll i super bujanie na Jezus Maria Łańcuchu, archetypie grania jakie uwielbiam czasem.
-uroniłem parę łez na Rojku wczuwając się w klimat tekstów słuchanych tak live (no trochę bardziej się czułem Lenny Valentino niż tańczenie i konfetti no ale właśnie dlatego doznałem).
-Bela i Seba w końcu po latach zaliczeni bez zawodu, a o to nie było łatwo bo oczekiwania od lat wielkie narastały z każdą ich absencją.
-Souvlaki Space Station usłyszane, kosmos to kosmos i już.
-niemiecka elektronika "Gościa z Neu" pierwszego dnia, idę zaraz poznawać lepiej co grał.
i mniejsze i większe inne, w tym jak Andrew W.K też na chwilę był przegość z łysym kolegą, no ogólnie takie tam.
z grubsza mam podobne odczucia.
Największym przegranym okazała się Scena Trójki, bo chociaż dostała odpowiedni Upgrade, to nie dostała takich koncertów . To znaczy brakowało mi tam bardzo tak prze-fajnych gigów jak ubiegłoroczny Mikal Cronin i Jens Lekman, kiedy poczułem się w tym namiocie jak w domu.
w zeszłym roku Glass Animals też bardzo dobrze rozkołysali namiot trójkowy; w tym rzeczywiście lekko brakowało takich mocniejszych punktów - chyba najbardziej z koncertów na Scenie 3 podobał mi się polski Eric Shoves Them In His Pockets: bardzo fajnie zagrany plus sympatyczna reakcja na publiczność, lubimy to 
Mam pewien niedosyt może dlatego, że tym razem naprawdę dobrze się przygotowałem i nie mogło mnie zaskoczyć nawet Orchestre de Poly Rhytmo z Afryki, którzy też zrobili piękną imprezę ze swoimi osobistymi zdolnościami uroku osobistego 
ślicznie było, tak
chociaż nie jestem w stanie powtórzyć żadnego z nawoływań pana dowodzącego. i te ujmujące układy taneczne w białych lakierkach.
Generalnie nareszcie świetni headlinerzy, nikt nie zrobił takiej chały jak Thoorson Moore czy Smashing Pumpkins (chociaż Jezus Maria Łańcuch faktycznie pomylili chyba Dolinę Trzech Stawów z Doliną Szarloty... Zupełnie nie poczułem tego ognia, chociaż piosenki i wykonanie teoretycznie spoko).
o, Moore też był moim rozczarowaniem 2 lata temu. ale co do Jezusa z Maryją mam mieszane uczucia, bo jestem zadowolona, chociaż Jim Reid nie wydawał mi się szczególnie zaangażowany w koncert, w przeciwieństwie do machania statywem. objawienia nie było, ale też się go nie spodziewałam.
przechodząc do bardziej spójnego podsumowania:
najlepiej: Belle and Sebastian (za urokliwe PIOSENKI, tańce, 'Get Me Away From Here, I'm Dying' i 'Dylan In The Movies', Stuarta, który cudnie śpiewa, pozuje do zdjęcia, rozdaje podpisy i nawet upada ze sceny, na szczęście szczęśliwie - koncert minął tak szybko, nawet nie wiem kiedy); the Notwist (nie spodziewałam się, że będzie aż tak dobrze. tak szczerze to myślałam, że wejdą, zagrają, zejdą, a tu taka magia! od pierwszych dźwięków byłam oczarowana. jak dla mnie to czarny koń tegorocznego festiwalu); Michael Rother (taką elektronikę to ja lubię, nic tylko słuchać over and over again); Rojek (w końcu okazało się, że znam jakieś teksty, w dodatku ładnie życiowe, więc się ładnie zmęczyłam na tym koncercie. zdecydowanie za krótki, no ale nie można było spóźnić się na Slowdive. a motyw a la Flaming Lips (chociaż jak dla mnie to Artur zrobił Koldpleja, no ale okej) bardzo spoko, chociaż może nie oryginalny.
poza tym bardzo na plus: Slowdive (usłyszeć kosmos zawsze dobrze. a najlepiej słuchało mi się koncertu z zamkniętymi oczami, ściana dźwięku wszędzie), Perfume Genius (najs chłopiec + rzewne piosenki = jestem na tak. tylko szkoda, że nie wyszedł zabisować, publiczność bardzo gorliwie klaskała), Black Lips (densy densy i tupiemy nóżką), Jeż Igor (da się grać dla (nie) dzieci w przesympatyczny a nie infantylny sposób. siedząc na trawie blisko sceny trójkowej słuchało się bardzo dobrze), wspomniany już Pional, ESTIHP, Andrew W. K. i Orchestre Poly Rhytmo de Cotonou (po to się jeździ na OFFa! słuchać muzyków z Beninu
)
nadal OK: Donataan Jonathan Wilson (są gitary, jest dopsz), WOR (nie byłam na całości, trochę przez to, że widziałam ich już kilka razy; i chyba jednak wypadają lepiej na mniejszych przestrzeniach. no i na Rojasa trzeba było zająć miejscówkę), Lyla Foy (było OK, bardzo podobało mi się 'Only Human', ale zabrakło mi jakiegoś elementu urzeczenia, sama nie wiem dlaczego. ale w końcu zaliczyłam CAŁY koncert na eksperymentalnej, jest osiągnięcie ;P), Chelsea Wolfe (żałuję, że nie mogę napisać, że była przynajmniej 'bardzo na plus' - wyglądała zjawiskowo, klimat niby był, ale o dziwo lepiej słuchało mi się jej studyjnych nagrań), Los Campesinos! (gdyby grali późniejszym wieczorem, pewnie bym dała ich w akapicie wyżej, ale mimo to dobrze się bawiłam), Anthony Chorale (ładnie jak zawsze), Lee Bains III (do potupania nóżką ew potrząśnięcia głową, bardzo spoko) i Bobby the Unicorn (solidnie chłopak gra i ładnie śpiewa, trochę szkoda, że nie zdążyłam na początek koncertu).
gorzej: jak wyżej pisałam - NMH, Masłowska i właściwie tyle z większych minusów. hm, no chyba że Jerusalem In My Heart, które przez pierwsze 3 piosenki przypominało zawodzenie muezinów do muzyki z laptopa ew 'Swans play outro spóźnione o 2 lata)' (sorry za skojarzenia
). Xenia Rubinos słyszana z pewnej odległości i pozycji leżącej też mnie nie ujęła; a Ebola Ape wpadł mi jednym uchem i drugim wypadł.
do pozytywów zaliczam również: Bulbwires, Variete, L.A.S. i Kaseciarza - na żaden z tych koncertów początkowo się nie wybierałam, a jednak spodobały mi się na tyle, że zamierzam poznać ich bardziej.
był ktoś na Nisennenmondai? podobno było bardzo zacnie.
z pozamuzycznych elementów w tym roku najbardziej zapadły mi w pamięć latające frisbee i drony Snowdena, secret gig Scootera, wianki w spadku po Florence (no ale w końcu Artur to ukryty fan FATM) i strefa jelenia.
kończąc (doczekaliście się, wiem) dziękuję bardzo bardzo wszystkim, z którymi się widziałam i spędziłam najwięcej czasu - gdyby nie Wy, nie byłoby tak fantastycznie
bez nicków i tak wiecie
festyn jak dla mnie lepszy od ubiegłorocznego, a może i od tego z 2012 r.
PS jeśli ktoś znajdzie mojego dłuższego posta, to stawiam ballentinesa.