Nie nosiłem nigdy glanów* Lubię pop. Lubię melodie. Ostatni raz słuchałem Black Sabbath i Deep Purple jakieś cztery lata temu. No, i Ozzy'ego solo.
I to by było na tyle ciężkiego grania którym się jarałem. Od grandżu wolałem zawsze chudych brytyjskich pedałów. Nie lubię darcia ryja, a ten pan na moje delikatniusie uszko brzmi jakby Eddie Vedder rzygał. I tak dalej. Pomyślałem że spróbuję zrozumieć tę muzykę, ale nadal nie potrafię. Nie dociera do mnie. Nie wiem co chcą mi przekazać grając w ten sposób. Nie rozumiem ich emocji, nastroju, nie potrafię się tak długo wkurwiać. Góra 5 minut, nie 66 do cholery! Nie rozumiem nadal metalu. "Z metalu to ja lubię
Metal Heart Cat Power". Krótko mówiąc, nadal nie wiem, po co oni to robią. Nie napiszę zatem nic, jakbym zrozumiał. Nie uważam żeby było to zresztą konieczne. Przelećmy zatem po powierzchni zjawiska, olejmy konteksty, znaczenia, zróbmy to nie do końca zatem fachowo, zróbmy to z perspektywy, a jako że sam wymyśliłem tę zabawę, pozwalam sobie.
To nie jest tak, że to jest zła płyta. Ona jest popsuta. Z perspektywy fana muzyki, który z niejednego pieca muzykę kradł, wielbiciela alternatywy i stadionowych epickich wymiataczy, nie kumającego metalu, wielbiciela zdrowego formalizmu z jednej, emocjonalności, intuicyjności z drugiej, nie napierdalania, przede wszystkim fana prostoty, ale też i czasem i sensownego, intelektualnego ale nie wykastrowanego z treści kombinowania, nie bezmyślnego zlepiania i grania dla grania, sztuki dla sztuki (no chyba że w przypadku muzyki tak zwanej eksperymentalnej, gdzie to ma sens). Bla bla bla. Wiecie, a zaznaczam to wszystko, bo na tej płycie nie mogę tego odnaleźć, skumać. Ale o tym zaraz. Z tej zaznaczonej perspektywy ta płyta mogła się bronić. Mogła, gdyby nie zrobili wszystkiego źle. No bo spójrzmy. Oni się starali i to się chwali, starali się zrobić to ciekawie. Nawet zdawałoby się (a dlaczego zdawało tylko, to potem) wbrew pozorom całkiem załapali na pewien charakterystyczny dla okresu wydania tej płyty trend - wybierania rzeczy z różnych szufladek i próbach kreatywnego ich łączenia, co ładnie nam pokazuje, że metal niekoniecznie musi być nurtem tak oderwanym o całokształtu zjawisk, a to ładnie przełamuje pewien stereotyp (o ile nie wpasowali się tak zupełnie przypadkiem). Starali się to wszystko jakoś
połączyć, nie tylko usiłując uderzyć
eklektyzmem spiętym pewnym konceptem ale i
na odcinkach poszczególnych kawałków. Co tu słyszymy? Proszę bardzo, grunge w produkcyjnym, brzmieniowym brudzie i choćby wokalizach mocno przypominających Vedder'a (niestety raczej z tych ostatnich płyt o których nie będąc fanami spokojnie możemy zapomnieć), mamy też blues'a, głównie w gitarowych, 'standardowych' solach, tłustych riff'ach próbujących zagęścić powietrze jak parująca w upalny dzień Missisipi (fragmenty
Learn From This Mistake dobrym przykładem), ale i też miejscowych podjazdów na lampowych klawiszach (ech, te
wzruszające pasaże fortepianu...), zaśpiewów, czegoś. Mamy też country w
Where I'm Going (czy jak powiem że kojarzy się raczej takie w wydaniu ALT to będzie bardzo nie na miejscu? he-he-dwukropek-de), hard rock'a pojawiającego się już na początku otwierającego
Lysergik Funeral Procession - czekam aż zacznie się wydzierać niejaki Osbourne (ba, nawet tytuł przypomina Sabbath'owe klimaty) i pewnie do tego wszystkiego jakieś multum szufladek metalowych których nie rozróżniam. Wszystko się gdzieś tam przewija przez całą długość, wypisywanie fragmentów mija się z celem. I wszystko byłoby pięknie, ale jest jedna mała rzecz. Właściwie dwie jedne małe rzeczy do każdej z 'warstw różnorodności' o których wspomniałem (zdania podkreślone).
Otóż. Oczekuję, że kiedy artysta bierze się za granie w jakimś określonym dość stylu, czerpie z pewnej szuflady, z pewnej tradycji, wie jak się za to zabrać i co z tym zrobić. Słowem, czuje blues'a. Down nie czuje blues'a, nie czuje też kantry, śmiem twierdzić, nie czuje całej tej muzycznej historii południowych Stanów za którą się bierze. Skąd to wiem? Nie wiem, zwyczajnie czysto intuicyjnie, nie wierzę im że rozumieją "o czym grają". Blues'owe elementy są tutaj bez żenady przepisane ze znanej klasyki blues-rock'a, wpisane w nowy kontekst, w którym nie brzmią naturalnie, nie brzmią szczerze (poza wspomnianym ładnym, choć dość oczywistym
Learn From This Mistake może), a przecież miała to być muzyka duszy. Są wręcz miejscami trywializowane nagłymi urwaniami, nawiązaniami bardzo uproszczonymi, wydaje się że nie do końca przemyślanym umiejscowieniem w reszcie muzycznej treści. I choć to wszystko na pierwszy rzut ucha brzmi w miarę spójnie (spięte estetyką brzmienia), a nawet ciekawsze, mniej oczywiste rozwiązania konstrukcyjne (zdarzają się!) sensownie zdają się siedzieć w kompozycjach, przy kolejnym rzucie ucha, głębszym, bardziej skupionym, wychodzą jednak dysonanse nie do zaakceptowania. I powiedzmy sobie jeszcze jedno - można grać ciężko, nie grając dokładnie tak samo, jak inni którzy grają ciężko. Mam wrażenie że słyszę te same riff'y, to samo brzmienie, tak samo wyprodukowane, a kiedy połączymy to z przepisywaniem, czerpaniem garściami (nie tylko z blues'a, ale i z klasyki hard rock'a którą znam, dołożymy nie tylko Vedder'ową barwę, ale i wprost grandżowe zaśpiewy, coś) i nie do końca umiejętnym doborem, wykorzystaniem elementów, cała nadzieja na przyznanie za ten mash-up większej ilości punktów rozpływa się w kontestacji, że nie zrobili tego kreatywnie, nie zrobili tego 'po nowemu' a może nawet 'po swojemu', tylko tak
udają. Oni po prostu wrzucili to wszystko do jednego wora i jakoś wyszło.
Inną sprawą jest obecność kantrowego
Where I'm Going, które osadza się bezpośrednio w swojej estetyce. To jest fajny kawałek. Problem w tym, że zagrać coś-jak-kantry może każdy (po przesłuchaniu jakiejś setki płyt made by panowie z amerykańskiej prowincji, kontestacji że wszyscy grają to samo i mało który potrafi zainteresować albo zrobić to naprawdę lepiej, potem po znudzeniu sceną, wiem co mówię), co ma się do zdania "wiedzieć jak zagrać" z początku tego akapitu. To samo ma się do znów blues'ującego (już bardziej wprost, bez blues-rockowych naleciałości)
Lies, I Don't Know What They Say But..., zresztą. Drugim problemem jest fakt, że ma się to nijak do całej reszty albumu. Jeśli chcemy trzymać się spójności w brzmieniu, mimo czerpania z różnych 'części' muzycznej sceny, dlaczego to zakłócać? Po konkretne
Where I'm Going rzucając jeszcze dającą wielkie nadzieje na ciekawe rozwiązanie reszty płyty
Doobinterlude (heh, to też mój ulubiony fragment, czysto stronniczo), niestety, po nim zaraz wchodzi kolejna ściana napierdalania. Zabrakło jakby konsekwencji, albo pomysłu. Nie przemyśleli tego, tak na moje. Polemizuję z tym tak dużo, bo jest to, z tego co zauważyłem, wedle zwolenników tego albumu jeden z jej najważniejszych atutów, a że się nie zgadzam, postanowiłem się trochę z nim rozprawić.
Inne rzeczy. Na pewno mają świetnych instrumentalistów. Wszystko jest zagrane, zdaje się, tak jak miało być. Problem w tym że dawno temu przeszło mi jaranie się instrumentalistami, a to że tak miało być, nie oznacza że jest dobrze. Kolega Mrówa w swojej recenzji zwrócił uwagę na harmonie, również byłem mile zaskoczony natknięciem się na nie, ale powiem tak - samo ich istnienie, z perspektywy jaką przyjąłem w podejściu do płyty, wiosny nie czyni i choć zdradzają pewne ciekawe aspiracje, nie sięgają do nich zbyt często, niestety. Podobnie, nie wiem czy w metalu i podobnych gatunkach można używać pojęcia songwriting, bo i nie wiem, czy można mówić w ogóle o piosenkach, na tej płycie gdyby się uprzeć można (a na marginesie, to samo w sobie dla naszej 'pesrpektywy' dobrze płycie robi). Nie rozumiejąc estetyki trudno jakkolwiek wartościować, ale powiem tak - gdyby odrzeć to z ciężkiego brzmienia, zostawić same kompozycje, byłyby czasem nieźle, w porywach dobrze, może nawet interesujące elementy by się znalazły, ale niestety powalały by w żaden sposób, w żadnym chyba miejscu. Wzbogacić opisu o warstwę liryczną nie miałem czasu, już też ochoty szczerze mówiąc, choć być może wyjaśniłaby mi trochę estetykę. Może jeszcze spróbuję.
Może jeszcze spróbuję. A może jednak nie? Nie mam ochoty wracać do tej płyty, bo mimo że można z niej wydłubać różne elementy, trochę porozkminiać, ostatecznie stwierdziłem, że to wszystko jakby udawane, jakby samym faktem podjęcia prób, zasłaniali ich rezultat. Też oczywiście ważne jest, że zwyczajnie wprost nie leży mi estetyka, a z drugiej strony, kiedy tonują w stronę bardziej przyjazną, nie robią tego w odpowiednio fajny sposób. Chyba tyle.
A Certain Reviewer (hłe hłe) daje
4.5/10.0 i ma nadzieję, że wytłumaczył (się) czemu. Rozumie że być może zderzenie z taką estetyką, niestety nadal nieprzekonującą, mogło wpłynąć na ocenę, starał się jednak wyważyć to jakoś, obejść, ominąć, podejść do sprawy na tyle obiektywnie, na ile tylko mógł. Nie zdziwi się, jeśli zobaczy przy tej płycie ocenę o dwa punkty wyższą. Te dwa punkty mogła moja niechęć do tych brzmień zeżreć. Ok. Ale więcej? Nie ma mowy. Rozumiem też, doskonale wręcz, ludzi którzy mają ochotę sieknąć dwójką albo i gorzej, po prostu subiektywnie, kierując się gustem jedynie, odrzucając taką muzykę. Ok. Sam więcej pewnie do tego nie wrócę, sam gdybym miał to zmierzyć jedynie tym, jak moje uszy na to zareagowały, pewnie tak bym dał. Bo przede wszystkim, czuję się zmęczony, to jest zmęczona muzyka, muzyka która męczy też. Mnie, nas. Ciężko było mi wracać do konkretnych kawałków, rozbierać, zastanawiać się czy na pewno ma sens to co piszę, czy piszę tak bo tak by mi pasowało do oceny. Takie tam. Wszyscy mamy święte prawo tej muzyki najzwyczajniej nie chcieć i nie lubić
*i nie mam nic do tych, co noszą, a poza tym miałem też przyjemność poznać zupełnie anty-stereotypowych fanów metalu. tak samo można lać z indie-młodziezy, a przecież sam tego niezalu słucham ile wlezie, raz ambitniejszego, a raz się tym samym jaram co te dzieci, no więc, zero uprzedzeń z tej strony. czuję się w obowiązku napisać po reakcji Anji. ja tu piszę o muzyce, co zresztą zaznaczyłem parę razy w tekście. elo pozdro
ps. heh, Witas napisał porcysa a ja screenagersa, zdaje się, jak teraz się czytam. ale to nie było zamierzone