Dobra. Wreszcie się zebrałem, czas goni

to też napiszę.
Na wstępie zaznaczę, że nie miałem do tej pory okazji szerzej zetknąć się z twórczością XTC, więc moja ocena będzie również raczej intuicyjna, skoncentrowana na 'wrażeniach artystycznych'. Co nie znaczy że nie mam pewnych swoich spostrzeżeń, część z nich może być nietrafiona, ale co tam.
Nie miałem ochoty analizować tej płyty 'piosenka po piosence', ale inaczej w tym wypadku chyba się nie da. Owszem, są pewne punkty wspólne (głównym czynnikiem spajającym wydają się być tutaj rozbudowane harmonie wokalne, do których w taki czy inny sposób zmierza niemal każda piosenka), ale różnorodność pomysłów jest tak duża, że trzeba to rozłożyć na czynniki pierwsze. No to jedziemy.
River of Orchids to być może najlepszy możliwy wstęp do albumu. Powoli rozwijający się wielogłosowy wokal i drobne smaczki (plusk wody) dość dobrze podpowiadają, z czym będziemy mieli do czynienia. Skojarzenia oczywiste: Beatlesi, ale też Yes (sposób śpiewania tytułowej frazy kojarzy mi się z
Siberian Khatru). Kolejne dwa utwory utwierdzają w przekonaniu, że jest to jak najbardziej trop trafny, a w
Easter Theatre dochodzi bogatsze, orkiestrowe instrumentarium, znów przywodzące na myśl trochę Beatlesów, pojawiają się też akcenty nieco bardziej egzotyczne. Są to jednak piosenki dość łatwe, ale też nieco 'wymuszone', szczególnie jeśli chodzi o wokal - tylko refren tego drugiego niesie ze sobą jakąś ciekawszą melodię (i znowu słychać Yes w chórkach, prawda?).
W ogóle niedobór porywających melodii to mój największy zarzut w stosunku do
Apple Venus, vol. 1 (a to przecież płyta pop). Ale idźmy dalej.
Knights in Shining Karma to jakby spotkanie Simona & Garfunkela z akustycznym wcieleniem Jimmy'ego Page'a (plus dalekie echa Genesis). I niby tylko tyle, ale jednak jest parę ciekawych momentów. Jakieś dzwoneczki, stukanie, wszystko to w połączeniu z wokalem (cały czas te 'brit-popowe' harmonie, to zaczyna powoli męczyć) nie może nie kojarzyć się z tym co dzisiaj robi np. Animal Collective.
Frivolous Tonight to niestety dla mnie totalna masakra, nie wiem, może tak miało być, jest to pewnego rodzaju pastisz, ale ja słysząc tą piosenkę widzę czołówkę bajki dla dzieci, ewentualnie "Świata wg Bundych", nic na to nie poradzę. Mocny sygnał, że XTC na tej płycie nieraz nas jeszcze zaskoczy.
Greenman to zdecydowanie nr 1, chyba jedyny prawdziwy 'przebój' na albumie. Bogata aranżacja - orientalna melodia, bardzo dobra linia wokalu, do tego ten nieco 'afrykański' rytm (a w tle co? coś jak... sprężynki! skąd my to znamy?). Dużo się tu dzieje, przy czym cała atmosfera utworu jest dość 'bajkowa'. Następny
Your Dictionary zaczyna się jak ckliwa ballada Nirvany, ale już pierwsze słowa (w ogóle dobry tekst) pokazują że mamy do czynienia z zabawą konwencją. Cóż z tego, skoro skutecznie (mimo że sama piosenka rozwija się w niezłym kierunku) zaburza to atmosferę stworzoną przez poprzedni kawałek?
I to mój kolejny zarzut: brak jakiejś ciągłości, sensu. Nie wiem, może w warstwie tekstowej jest tu jakiś koncept, przyznaję że nie wgłębiłem się w nią zbytnio, jednak nawet to nie uzasadnia aż takiego rozrzutu stylistycznego. Często o takich płytach mówi się "spójna mimo różnorodności", niestety
Apple Venus to nie dotyczy. Jedziemy dalej.
Fruit Nut raczej do zapomnienia, znowu brzmi to trochę jak lekko tandetna muzyka filmowa (to samo tyczy się następnej piosenki). Trochę ciekawych 'smaczków', niemniej jednak cała płyta zaczyna coraz bardziej trącić kiczem.
Harvest Festival to powrót do punktu wyjścia, przypomnienie jak ta płyta się zaczynała, niejako podsumowanie pewnej psychodelicznej podróży. Jest tu coś z klimatu objazdowej orkiestry czy cyrku, sielskiej atmosfery letniego pikniku (flet). Logiczną kontynuacją jest zamykający płytę
The Last Balloon, nieco bardziej patetyczny, ale dobry na zakończenie całego albumu. Przede wszystkim - fantastyczna trąbka (a moment gdy w niezauważalny sposób 'wyłania się' spod wokalu - genialny!), ale jest tu też coś z piosenki aktorskiej.
Podsumowując - dużo się tu dzieje, ale niestety płyta jako całość chyba się nie broni. Z drugiej strony, mogłaby być np. soundtrack'iem do jakieś szalonej opowieści (właśnie, Monthy Pyton!) - ze względu na wyraźnie 'filmowe' aranżacje orkiestry, ale też na infantylizm niektórych piosenek, czy w ogóle znaczny rozrzut stylistyczny. Tak czy inaczej, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że do zrozumienia "Apple Venus" potrzebny jest jakiś 'klucz', którego sam niestety nie znalazłem.
Strona stricte muzyczna też zawodzi, bo jak na płytę pop zbyt mało tu chwytliwych melodii. Paradoksalnie, brakuje instrumentów, ale takich prawdziwych, grających coś konkretnego. Tutaj są one tylko podkładem do wokalu - dominującego nad całą płytą, a niestety z każdym kolejnym utworem coraz bardziej irytującego. Niestety, ocena nie może być za wysoka, chociaż po kilku pierwszych przesłuchaniach byłem skłonny dać nawet siódemkę...