Nigdy nie rozumiałem absolutyzowania The Scientist, od samego początku - a spotykałem się z łzawymi wręcz wyznaniami o najwspanialszym utworze wszechczasów, czy tym podobne. Eeee, co ? Przecież to tylko prosta, mdława, płaczliwa balladka, najdobitniej chyba reprezentująca wszystko to, co Coldplay zepsuli po genialnym debiucie. Co zresztą wcale nie znaczy, że jest zła.
To jest jedna z tych rzeczy, które ciężko wytłumaczyć

Obiektywnie patrząc to jest powolna, smętna, "przewrażliwiona" balladka jakich tysiące. Podejmuje te tematy, co wszystkie inne smętne balladki. Ma taką strukturę, jak wszystkie inne smętne balladki - nie ma żadnej struktury. Do tego wokalista strasznie pipczy. Tylko że.. aaach